Aktualności

Strona znajduje się w archiwum.

Data publikacji 16.05.2014

Wyjątkowy funkcjonariusz: kobieta-pirotechnik w SG


- Obawa jest zawsze. Myśl, że w bagażu może znajdować się ładunek wybuchowy nie opuszcza nas ani na sekundę. Nigdy nie wiadomo, jak wielkie jest ryzyko – mówi chor.  SG Justyna Lewandowska z Nadwiślańskiego Oddziału Straży Granicznej. Na co dzień pracuje w Placówce Straży Granicznej w Łodzi. Jest jedną z dwóch kobiet-pirotechników w Straży Granicznej.  Przedstawiamy pierwszą bohaterkę naszego cyklu o „wyjątkowych funkcjonariuszach” służb podległych MSW. 

Tu liczą się ułamki sekundy. Ale ta praca nie lubi pośpiechu. Kroki są powolne. Ruchy wyważone. Tylko oddech śpieszy się zanadto, a tętno bije jak szalone. Umysł skupia się jednak na zadaniu. Najważniejsze – wykonać bez błędu, nawet zachwiania. Pirotechnik nie może się pomylić. Nigdy. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę chor. SG Justyna Lewandowska. 

Musiałam przekonać wiele osób, że się do tego nadaję. To rzadkość, żeby pirotechniką zajmowała się kobieta

chor. SG Justyna Lewandowska 

- Najbardziej spodobały mi się specjalistyczny sprzęt i ich obsługa – wspomina szkolenia na pirotechnika chor. SG Justyna Lewandowska. Jej zainteresowanie tą specjalistyczną dziedziną zaczęło już na etapie przygotowań do służby w Straży Granicznej. – Z racji tego, że kontrolujemy na przykład lotniska, wysyła się nas na szkolenia z zakresu rozpoznania minersko-pirotechnicznego. Uczyliśmy się jak zwracać uwagę na podejrzanie zachowujące się osoby i jak reagować, gdy ktoś pozostawi bagaż – wspomina chor. SG Justyna Lewandowska. 

Materiały wybuchowe – te profesjonalne i zrobione z powszechnie dostępnych produktów, specjalistyczny sprzęt np.: roboty pirotechniczny, specjalistyczna wiedza , wysadzanie ładunków – to wszystko zafascynowało młodą funkcjonariuszkę. Kolejne szkolenia, wykłady, ćwiczenia utwierdziły ją w przekonaniu, że to właśnie Zespół do Spraw Interwencji Specjalnych SG jest jej wymarzonym miejscem służby. 

"To ryzykowne zajęcie, ale pomoc innym jest tego warta"

Droga do niego nie była jednak taka prosta. Funkcjonariuszka przeszła szereg rozmów. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak niebezpieczne jest to zajęcie. Wątpliwości nie było jednak zbyt wielu. – Ja po prostu kocham pracę związaną z adrenaliną. Sprawdzam się działając pod presją. W czasie studiów byłam ratownikiem WOPR-u. To ryzykowne zajęcie, ale pomoc innym jest tego warta – opowiada chor. SG Lewandowska. 

Dokładnie pamięta dzień, w którym uratowała życie niespełna rocznego dziecka. Pracowała wtedy na półotwartym kąpielisku w Grotnikach. – Malec na czworaka uciekł babci. Wpadł do wody, między kajakami. Gdy tylko spostrzegłam dziecko, automatycznie ruszyłam w jego kierunku – wspomina. Dzięki natychmiastowej reakcji maluchowi nic się nie stało. Ratowniczka do końca dnia odczuwała napięcie. – I takie wyostrzenie zmysłów. Do wieczora z jeszcze większą uwagą obserwowałam plażę i kąpielisko – wspomina. I dodaje: Praca jako ratownik wodny umocniła we mnie przekonanie o bezinteresownej satysfakcji z pomocy innym. 

Czy wiesz, że? 

W Straży Granicznej pracują dwie kobiety pirotechniczki. Służą w placówkach łódzkiej i lubelskiej. 

Wiedziała, że praca w „mundurówce” taką satysfakcję gwarantuje na co dzień. W Straży Granicznej służy od 2009 roku. – To chyba już tradycja rodzinna, bo siostra też służy w mundurze. Od zawsze nas do niego ciągnęło – śmieje się. Justyna Lewandowska zaczynała od pracy na warszawskim lotnisku na Okęciu w Grupie Bezpieczeństwa Lotów. Potem trafiła do łódzkiej placówki. W 2013 zdobyła uprawnienia minera- pirotechnika. 

- Musiałam przekonać wiele osób, że się do tego nadaję. To rzadkość, żeby zajmowała się tym kobieta. Po konsultacjach pana Komendanta z kierownikiem Zespołu do Spraw Interwencji Specjalnych i chłopakami, którzy tam pracują, zapadła pozytywna dla mnie decyzja – opowiada chor. SG Justyna Lewandowska. 

"Praca pirotechnika nie należy do najłatwiejszych"

Dziś jest jedyną kobietą w 8-osobowej grupie łódzkich pirotechników. – Działamy w 2-3 osobowych zespołach. Każde zgłoszenie o pozostawionym bagażu, podejrzanej teczce czy nietypowej paczce traktujemy poważnie. Nie na zasadzie: „kolejny telefon i tak tam nic nie będzie” – mówi. 

Działania w takim przypadku są bardzo konkretne. Informacja o znalezionym bagażu zostaje przekazana pirotechnikom, którzy wytyczają strefę bezpieczeństwa. Początkowo próbują ustalić, kto zostawił dany przedmiot. – Jeśli nie da się tego stwierdzić, zarządzana jest ewakuacja na danym obszarze – opowiada funkcjonariuszka. 

Do pracy wkraczają wtedy specjalnie wyposażeni pirotechnicy. – Zakładamy  ciężki kombinezon podchodzeniowy, który waży około 40 kilogramów. Ruchy w nim są znacznie ograniczone– tłumaczy chor. SG  Justyna Lewandowska. 
Całej akcji daleko jednak do scen rodem z hollywoodzkich filmów. – Prawie nigdy nikt nie podnosi bagażu ręcznie – od tego są roboty. Sterujemy nim tak, by wywieźć ładunek z budynku w miejsce gdzie nie będzie stanowił zagrożenia . Następnie funkcjonariusz podchodzi z wyrzutnikiem, który neutralizuje ładunek wodą pod dużym ciśnieniem. Ustawia go, odchodzi na bezpieczną odległość i po komendach detonuje– opisuje pirotechniczka. 

Potem ponowne sprawdzenie, czy wszystko poszło zgodnie z planem, zebranie resztek bagażu i sporządzenie końcowej dokumentacji. 

- Ludzie często tracą w ten sposób cenne rzeczy. Nie słuchają komunikatów powtarzanych przez meagfony. Roztargnieni zostawiają swoje bagaże. Oczywiście staramy się w pierwszej kolejności odnaleźć właściciela, ale nie zawsze jest to skuteczne – mówi funkcjonariuszka i przypomina, że za taką nieuwagę podróżnym grozi odpowiedzialność karna. 

Chor. SG Justyna Lewandowska przyznaje: praca pirotechnika nie należy do najłatwiejszych. – Nie polega jedynie na chodzeniu w ciężkim kombinezonie podchodzeniowym jak wiele osób sobie to wyobraża. Akcje wymagają od nas specjalistycznej wiedzy, maksimum koncentracji i współpracy w zespole – przyznaje. Po chwili dodaje, że w jej pracuje się doskonale. – Traktują mnie jak swojego „kolegę z pracy” – śmieje się, ale podkreśla, że o swojej kobiecości - mimo wykonywanego fachu i otoczenia - nie zapomina. – Po pracy zamieniam mundur na sukienkę, a ciężkie buty na szpilki – podsumowuje. 

Zdjęcie wykorzystane w grafice autorstwa Malwiny Aninowskiej. 

Mapa serwisu