Aktualności

Strona znajduje się w archiwum.

Data publikacji 08.07.2014

Wyjątkowy funkcjonariusz: Policjant, który przeszedł pieszo Ziemię Świętą

Sławomir Chojnacki

- W sumie przeszliśmy prawie 700 kilometrów przez Izrael i Palestynę. To była moja najtrudniejsza wyprawa. Przeżyłem wiele ekstremalnych momentów. Najgorsze było to, że nie mogliśmy uwolnić się od myśli: kiedy będzie woda, kiedy będzie jedzenie? Bo w tak wymagających warunkach człowiek myśli przede wszystkim o przetrwaniu - opowiada o swojej wyprawie st. sierż. Sławomir Chojnacki, miłośnik podróży i policjant z Posterunku Policji w Kikole.

Słońce pali twarz. Piasek wysusza oczy. Pęcherze zadają ból stopom. Ale chęć przełamania własnych słabości i nadzieja na sukces pchają naprzód. Dwóch śmiałków z Polski Sławomir Chojnacki oraz jego bliski kolega w maju wyruszyli na pieszą wyprawę po Ziemi Świętej i Palestynie. - Naszą wędrówkę rozpoczęliśmy w Tel Avivie. Potem kierowaliśmy się przez Nazaret do Tyberiady nad jeziorem Galilejskim, a następnie ruszyliśmy na południe. Wkroczyliśmy na terytoria Palestyńskie, do Jerycho. Odbiliśmy do centrum kraju, gdzie zwiedziliśmy Jerozolimę, Betlejem. Potem szliśmy wzdłuż Morza Martwego przez Ein Gedi Masade aż do miasta Ejlat nad Morzem Czerwonym – opowiada st. sierż. Sławomir Chojnacki.

Od małego zwiedzałem świat palcem po mapie. Spędziłem mnóstwo czasu z nosem w atlasie. Przeczytałem setki książek opisujących wyprawy w najdalsze zakątki świata. Marzyłem o własnej

st. sierż. Sławomir Chojnacki

Razem: 658 kilometrów przez pustynię, czasem tylko przecinającą je drogą lub autostradą, plus 50 kilometrów zwiedzając miasta. Chojnacki przyznaje - podróże to jego pasja. - Od małego zwiedzałem świat palcem po mapie. Spędziłem mnóstwo czasu z nosem w atlasie. Przeczytałem setki książek opisujących wyprawy w najdalsze zakątki świata. Marzyłem o własnej - wspomina. Ale turystyczne, zorganizowane wycieczki nigdy go nie pociągały. - To przez uzależnienie od wysiłku, adrenaliny. Lubię pokonywać własne słabości, przekraczać granice ludzkich możliwości – wyjaśnia st. sierż. Sławomir Chojnacki.

Swoje marzenia zaczął spełniać w ubiegłym roku. - Przemierzyłem wtedy Saharę Zachodnią. Przeszedłem samotnie prawie 200 kilometrów w stronę Mauretanii - wspomina policjant. Do tegorocznej wyprawy przygotowania rozpoczął kilka tygodni wcześniej.

- Pakowałem do plecaka 15 butelek wody i przemierzałem tak 20-25 kilometrów. Wiele czytałem o tym miejscu: o mieszkańcach i ich kulturze, klimacie, ukształtowaniu terenu, groźnych zwierzętach - mówi Chojnacki.

8 maja wyruszyli w pieszą podróż. - Każdego dnia pokonywaliśmy średnio 35 kilometrów pustynnymi drogami, dolinami, polami albo autostradami. Na plecach dźwigaliśmy 25-kilogramowy ekwipunek. Spaliśmy w namiocie. Wstawaliśmy około piątej rano i szliśmy przed siebie, aż do wieczora – opowiada podróżnik.

Albo i dłużej. - Zapadał zmierzch. Postanowiliśmy minąć rozciągający się przed nami zakręt i rozbić namiot. Ale tuż za nim była baza wojskowa. Ciągnęła się przez kilkanaście kilometrów. Zajęło nam kilka godzin, by oddalić się od niej w bezpieczniejsze miejsce - wspomina st. sierż. Chojnacki. Innym razem rozbili obozowisko przy małym sosnowym gaju. Okazało się, że za ścianą lasu znajduje się wioska. - Biegające dzieci zauważyły nas i pobiegły poinformować starszych. Ci spuścili psy. Dla własnego bezpieczeństwa postanowiliśmy się przemieścić. Znów poszliśmy spać późno w nocy - wspomina.

Niewyspani i przemęczeni ruszali jednak o świcie w drogę. Przed nimi była codzienna walka z głodem, pragnieniem i 40-stopniowym upałem. - Jedliśmy zazwyczaj tylko to, co znaleźliśmy na pustynnych plantacjach: arbuzy, melony, winogrona, pomarańcze, daktyle. Nieśliśmy ze sobą zapas wody(z kranu lub odsalanej). Gdy się kończył, piliśmy wodę z kranu na stacji benzynowej lub mętną - wymienia.

Sławomir Chojnacki przyznaje: to była survivalowa wyprawa. Prawdziwy sprawdzian dla organizmu i psychiki. - Nikt nie pojechał tam, żeby się głodzić, ale będąc kilkaset kilometrów od cywilizacji nie było innej możliwości. Nie mogliśmy dźwigać kilkunastu kilogramów prowiantu na plecach. Woda i namiot były wystarczająco ciężkie – wyjaśnia st. sierż. Sławomir Chojnacki.

Wyzwania czekały na każdym kroku. - Zaminowane pola, ciekawcy ludzie, bazy wojskowe. Z racji konfliktu w tym rejonie staraliśmy się nie wchodzić niepotrzebnie nikomu w drogę - mówi. I dodaje: - To nie jest jednak tak, że każdy był do nas nieprzyjacielsko nastawiony. Spotkaliśmy wielu przyjaznych Żydów, Arabów, Palestyńczyków. Kilku z nich częstowało nas na pustyni wodą. Gdy już upewnili się, że nie jesteśmy Amerykanami, chętnie rozmawiali i z zaciekawieniem wypytywali nas o cel wyprawy – wspomina funkcjonariusz.

Policjant dodaje, że dla niego była to nie tylko ekstremalna przygoda, ale także duchowa podróż. - Te tereny to miejsce spotkania dwóch kultur. Jerozolima, Betlejem - to źródła mojej religii – opowiada podróżnik.

Na pustyni z kolei wszelkie niedogodności rekompensowały im piękne krajobrazy. - Zapierały dech w piersiach. Przyznam jednak, że czasem cień samotnie stojącego na pustyni drzewa albo widok stacji benzynowej cieszył nas równie ogromnie - mówi policjant.

 Zakładałem, że będzie ciężko. Wierzyłem też, że uda się osiągnąć cel. Spełniłem swoje marzenie

st. sierż. Sławomir Chojnacki

Wyprawa przez pustynię trwała 3 tygodnie. – Zakładałem, że będzie ciężko. Wierzyłem też, że uda się osiągnąć cel. Spełniłem swoje marzenie – ocenia Chojnacki.

W głowie kłębi się już kolejne. – Chciałbym przemierzyć dżunglę, gdzieś w głębi Azji – mówi. Na razie jednak st. sierż. Chojnowski wrócił do swoich obowiązków w Polsce. W Policji służy od 2008 roku.  Obecnie pracuje na stanowisku referenta Zespołu ds. Prewencji w Posterunku Policji w Kikole (Komenda Powiatowa Policji w Lipnie). W swojej pracy nie lubi jedynie siedzenia za biurkiem. – Wolę być w terenie, pomagać ludziom. Wtedy czuję prawdziwe spełnienie – podsumowuje st. sierż. Sławomir Chojnacki.